30.01.2012

"Kura" wyzywa trenera

Rozmowa z MARKIEM CIEŚLAKIEM, opiekunem tarnowian i reprezentacji Polski

Trener Marek Cieślak od lat pracuje na swoją renomę Fot. Tomasz Sobczak

- W najbardziej prestiżowych plebiscytach został Pan wybrany najlepszym trenerem żużlowym w kraju. Jak zatem czuje się najlepszy polski szkoleniowiec?

- Nie uważam się za najlepszego trenera. Choć z drugiej strony nie ukrywam, że bardzo się cieszę z tych wyróżnień, bo to przechodzi do historii.

- Ale chyba zdaje Pan sobie sprawę, że - obiektywnie oceniając efekty Pana pracy - jest Pan obecnie najlepszym żużlowym trenerem w Polsce?

- Wygląda na to, że wyniki to potwierdzają. W reprezentacji cztery razy wygrałem Drużynowe Mistrzostwa Świata z seniorami, trzykrotnie zwyciężałem z juniorami, a do tego dochodzą jeszcze sukcesy w klubach. Żużlowa "arytmetyka" faktycznie jest więc po mojej stronie. Nagrody i wyróżnienia to przyjemna, ale krótka chwila. Teraz trzeba myśleć o przyszłości i próbować dalej pisać historię.

- Złoty medal Drużynowych Mistrzostw Polski z Falubazem Zielona Góra i trzeci z rzędu triumf w Drużynowych Mistrzostwach Świata z seniorską reprezentacją Polski. Czy w 2011 roku mógł Pan chcieć czegoś więcej?

- Zawsze można powiedzieć, że coś mogło pójść jeszcze lepiej, ale nie można też przesadzać. Żeby moi podopieczni jeździli tak co roku, to będzie dobrze.

- Z kadrą Polski wygrał Pan nie tylko kolejne DMŚ, ale nawet prestiżowy mecz z reprezentacją Reszty Świata. Jaka jest recepta na sukcesy polskiego żużla na skalę światową?

- Recepty nie ma! Po prostu staram się wykorzystywać dostępne możliwości, by stworzyć mocną drużynę. Wartościowi zawodnicy to jeszcze nie jest dobry zespół, bo trzeba wszystko ze sobą zgrać. Przecież nie jestem trenerem, który uczy jeździć Golloba, czy Hampela. Moja rola polega głównie na właściwej selekcji zawodników, stworzeniu odpowiedniej atmosfery i poukładaniu wszystkiego od strony taktycznej. A funkcje trenera żużlowego w ogóle? Wybiera zawodników, ocenia ich i dobiera pod kątem konkretnych zawodów, według swojej wiedzy i wyobraźni. Aby umieć pobudzić zawodników do tego, by uwierzyli w zwycięstwo, trzeba trochę popracować w tym sporcie. Zawsze staram się być mądry mądrością zespołu.

- W trenerskim fachu osiągnął Pan już wszystko. Czy z tak bogatej kolekcji jest Pan w stanie wybrać sukcesy, które są dla Pana najcenniejsze?

- Nie traktuję mojej pracy w kategoriach wyczynu. To normalna praca, a medale są po prostu jej wynikiem. Zresztą, wcale nie zamierzam spocząć na laurach. Jest następny rok, są kolejne wyzwania i dalej się dzieje. Nie czuję się jeszcze na tyle staro, żeby nie podołać obowiązkom. Trzeba przeżyć ten szał radości po sukcesach, być w tym "kotle". Zawodnicy śpiewają, odbierają medale - to się nigdy nie nudzi!

- Po wywalczeniu złotego medalu DMP z Falubazem Zielona Góra opuścił Pan mistrzowską ekipę. Dlaczego nie chciał Pan pozostać generałem zwycięskiej armii?

- Tak naprawdę nigdy nikomu nie powiem dlaczego. Mile wspominam pracę w Falubazie, ale były czynniki, które wpłynęły na moją decyzję. Co miałem zrobić w Zielonej Górze, to zrobiłem. Teraz w Tarnowie mam drużynę, która mi się podoba. Czy w Tauronie, czy w Falubazie, żużel jest ten sam i taki sam cel - mistrzostwo Polski.

Portal „Dziennik Polski” wraz ze wszystkimi treściami będącymi jego elementami składowymi - w szczególności internetowe wydanie „Dziennika Polskiego” i treści będące jego elementami składowymi - podlegają ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego i polskiego prawa autorskiego. Jakiekolwiek korzystanie z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej zgody Wydawcy - POLSKAPRESSE Sp. z o.o., które z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania takiej zgody.