12.06.2009

Dwadzieścia lat we własnym domu

Tomasz Gąsowski*

Metafora własnego domu, w którym dość nieoczekiwanie obudziliśmy się 5 czerwca 1989 r. i który trzeba było remontować (znacznie rzadziej słychać było wezwania do wznoszenia nowego gmachu), pojawiała się często na przełomie lat 80. i 90.

Miała ona mobilizować Polaków do aktywnych działań. Jednak cel owej aktywności nie został wyraźnie sprecyzowany. Jedni więc mówili i pisali o potrzebie budowania społeczeństwa obywatelskiego, inni wzywali do organizowania struktur niepodległego, demokratycznego państwa, dla jeszcze innych najważniejszy był wolny rynek. Jeśli więc trzymać się tej remontowo-budowlanej przenośni, to w ciągu kilku pierwszych lat odzyskanej wolności zasadniczy zrąb prac wykonany został cicho, sprawnie i bez rozgłosu przez ekipę majstrów z PRL, którzy co prawda przywdziali szybko eleganckie stroje robocze, ale do prac wykorzystywali w większości materiały i technologie z minionej epoki. Niedawni opozycjoniści, obecnie członkowie rządzącej elity tak byli pochłonięci wewnętrznymi sporami ideowymi, że zabrakło im czasu, ochoty a i umiejętności, by efektywnie, kierować przebiegiem tej operacji. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

Nadzieje i oczekiwania

Co stało się z Polską naszych marzeń, wolną, bezpieczną, sprawiedliwą i zasobną, zajmującą godne a należne jej miejsce w Europie? Taką bowiem widziały ją miliony Polaków uczestniczących w ruchu "Solidarność", angażujących się w działalność wolnościową lat 80. czy tylko wrzucających kartkę do urny 4 czerwca 1989 r. Nie była to wizja szklanych domów, ale - jak się wydawało - całkiem realne oczekiwania. Koniec PRL i narodziny wolnej Polski, nazwanej z czasem Trzecią Rzeczpospolitą, niosły zatem wielkie nadzieje, a odpowiadające im wyzwania stały się teraz zadaniami, które mieli realizować dawni opozycjoniści, którzy za sprawą czerwcowych wyborów, ale także porozumienia z komunistami, przejęli najważniejsze atrybuty władzy, choć niekoniecznie samą władzę. Trudności przed jakimi stali realizując swoisty eksperyment wychodzenia z komunizmu były gigantyczne. U ich podstaw, mających rzecz jasna także wymiar materialny i społeczny, legło jednak podstawowe pytanie: od komunizmu do...czego? Prosta odpowiedź nasuwała się sama: do demokracji, ale jeśli tak, to jakiej? Jaki ma być kształt ustrojowy, gospodarczy, społeczny czy światopoglądowy państwa, czy i w jaki sposób należy rozliczyć się z systemem komunistycznej opresji? Ludzie działający na rzecz odzyskania wolności tak byli pochłonięci swą misją, że nie starczało im już czasu na refleksję, jak tę wolność zagospodarować, tym bardziej że moment oczekiwanego zwycięstwa zdawał się zbyt odległy, by warto się było nad tym zastanawiać. W rezultacie już od końca 1989 roku mieliśmy do czynienia z wieloma, niekiedy radykalnymi posunięciami w różnych dziedzinach, które jednak niekoniecznie układały się w spójną całość budowania nowego państwa, a ponadto - jak reformy Balcerowicza - były kompletnie zaskakujące dla większości Polaków głosujących na "Solidarność". Jedni wówczas tracili, inni zyskiwali, ale zbyt często działo się to z naruszeniem poczucia sprawiedliwości. A i tak betonowym fundamentem nowego państwa pozostawała w dużej mierze peerelowska rzeczywistość.

W pętach postkomunizmu

W rezultacie powstało - nie chcę w tej sytuacji nikomu przypisywać roli budowniczego - państwo postkomunistyczne. Jest to nowy model, który w różnych wersjach pojawił się zresztą we wszystkich krajach tzw. demokracji ludowej. Polska, nazywana często w pierwszej połowie lat 90. liderem przemian, także utknęła w drodze do demokracji typu zachodniego, zastygając w owym postkomunistycznym kształcie. Pozostaje on w jaskrawej, odczuwanej niemal codziennie sprzeczności z deklarowaną w konstytucji formułą "demokratycznego państwa prawnego" (art. 2). Cechuje go daleko posunięte upartyjnienie struktur funkcjonujących we wszystkich dziedzinach życia zbiorowego, nie tylko tych mieszczących się w sferze politycznej, ale i takich jak samorząd, gospodarka (spółki Skarbu Państwa), kultura czy media publiczne. Głęboki niepokój budzi proceder, przypominający jako żywo minioną epokę, traktowania przez wszystkie kolejne rządzące ekipy służb specjalnych, aparatu wymiaru sprawiedliwości, mediów publicznych oraz urzędów skarbowych jako podstawowych instrumentów sprawowania władzy. Towarzyszą zaś temu równocześnie rytualne deklaracje zdecydowanej woli odpolitycznienia tego czy owego. Przy tym widoczna jest gołym okiem słabość programowa, organizacyjna i instytucjonalna powtarzających po kolei tę mantrę partii, co powoduje, że ich trwanie jest raczej funkcją sztucznego zablokowania sceny politycznej niż rzeczywistego zakorzenienia społecznego (z wyjątkiem PSL) i odpowiedzi na potrzeby wyborców. Dalej wymienić można brak reprywatyzacji i zbyt wolną prywatyzację (za co najpewniej przyjdzie teraz zapłacić stoczniowcom), niezdolność do rozliczenia się z przeszłością zarówno w wymiarze moralnym, jak też prawnym, szerzącą się korupcję i różne formy nepotyzmu, wreszcie wiele zjawisk patologicznych, których zwalczanie daje mizerne rezultaty. Nad wszystkim zaś unosi się ogromna presja mediów, zwłaszcza elektronicznych, wolnych wprawdzie, ale nie bezinteresownych, wskazujących bez wahania dobrych i złych w danym tygodniu.

Pytania o przyszłość

W tym obrazie nie byłoby może nic specjalnie groźnego, bo wszak brzemię komunizmu zaiste jest ciężkie, gdyby widoczna była perspektywa dalszych pozytywnych przemian. Tak się jednak nie dzieje, a uchwalona w 1997 r. konstytucja spetryfikowała cały ten system. Kiedy więc nastąpi jego dalsza ewolucja w pierwotnym kierunku, na czym będzie polegała, nie wiadomo. Włączenie Polski i innych krajów naszego regionu, którego spoistość również jest coraz bardziej fikcyjna, nie tylko do cywilizacyjnego, ale także instytucjonalnego systemu zachodniej demokracji, nie zaowocowało w tym względzie znaczącymi efektami. Także afera Rywina, traktowana przez wielu jako rzeczywisty koniec postkomunizmu, przyniosła w efekcie jedynie zmierzch formacji postkomunistycznej, a to nie to samo. Główne mechanizmy życia politycznego nie uległy bowiem istotnej zmianie. Jej ambitna próba, gromko zapowiadana przez Prawo i Sprawiedliwość pod szyldem Czwartej Rzeczpospolitej, skończyła się krachem, wszystko jedno zawinionym czy też nie przez partię Jarosława Kaczyńskiego. W wielu wypadkach widać, że państwo jest częściowo, a niekiedy nawet całkowicie niezdolne do wypełniania swoich podstawowych obowiązków względem obywateli: zapewnienia bezpieczeństwa na ulicach i drogach, przyzwoitej opieki medycznej, pomocy dzieciom z ubogich rodzin, ochrony krajobrazu naturalnego i dziedzictwa przyrodniczego, działań w sytuacjach kryzysowych zagrożeń (w czasie białego szkwału na Mazurach w sierpniu ub. roku ratownicy pływali na kupowanym przez siebie paliwie bez talerza ciepłej strawy w ciągu całego dnia). Kilka lat wcześniej ofiary powodzi musiały wysłuchać cierpkich pretensji jednego z premierów, że czekają na pomoc państwa zamiast się po prostu ubezpieczyć. Jego kolega proponował zbrojenie się i tworzenie sąsiedzkich grup samoobrony do walki z bandytyzmem, bo policja nie jest w stanie temu podołać. Kolejna już żenująca przegrana w starciu z działaczami PZPN stanowi tu smutną puentę. Państwo nie jest także zdolne do należytego wypełniania swych funkcji zewnętrznych. Najważniejsza z nich to konsekwentna, mająca perspektywę strategiczną, polityka zagraniczna celem zabezpieczenia i umocnienia jego międzynarodowego położenia, np. w zakresie tak ważnego bezpieczeństwa energetycznego. Aktualny poziom życia publicznego jest często wręcz żenujący, a kultura polityczna w ciągu ostatnich lat ulega degradacji. Jednym z widomych, a groźnych dla funkcjonowania systemu mieniącego się demokratycznym, zjawisk jest pogłębiająca się obywatelska bierność i dramatycznie niski poziom społecznego zaufania. One to sprawiają, że na próżno dziś szukać we współczesnej Polsce elementów wspólnoty politycznej, która ciągle jest niezbędna, nawet, a może zwłaszcza w dzisiejszej dobie. Wydarzenia ostatnich tygodni i dni pokazują, że poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji ekonomicznej czy politycznej, jakie szczęśliwie towarzyszyło nam przez ostatnie kilkanaście lat, stanęło nieoczekiwanie pod znakiem zapytania. Tymczasem polska polityka staje się zbiorem zrytualizowanych gestów wykonywanych przy stale malejącej widowni. Zaangażowanie społeczne tli się tylko na najniższym poziomie, dotykającym bezpośrednio problemów codziennej egzystencji (ot, choćby kwestia spalarni śmieci w Krakowie), nie ma natomiast charakteru państwowego. W konkluzji rzec można, iż w ciągu tych niemal dwudziestu już lat udało się na razie stworzyć jedynie coś w rodzaju nieźle prezentującej się atrapy państwa z aktorami odgrywającymi mniej lub bardziej udatnie role polityków, a niekiedy nawet mężów stanu.

Życie toczy się obok

Na szczęście polityka to nie wszystko. Życie codzienne obywateli toczy się w dużej mierze swoimi torami, na które sfera polityki wywiera ograniczony wpływ. Dzięki temu inicjatywa i pomysłowość ludzi realizują się z powodzeniem na wielu polach. W codziennej egzystencji obecnych jest wiele pozytywnych zjawisk, przyjmowanych zresztą jako coś zupełnie naturalnego, bez rozpamiętywania, że kiedyś było jednak inaczej. Jednym z wykładników tego są nastroje społeczne, obecnie wyraźnie lepsze niż jeszcze kilka lat temu. Powodów do zadowolenia jest całkiem sporo, choć ich odczucie ma charakter zindywidualizowany, jednych cieszy to, a innych coś zupełnie innego. Próbując to jakoś zobiektywizować, wymienić trzeba coraz większą łatwość poruszania się zarówno w wymiarze fizycznym po regionie, kraju, Europie (zaprzyjaźniony gajowy udał się właśnie na urlop do Portugalii) czy wreszcie świecie, jak też w wymiarze wirtualnym za sprawą mediów i internetu, choć w tym ostatnim ta ocena jest mocno względna. Do rzeczy wartych odnotowania należy też rozwój edukacji, jej dostępność także na poziomie akademickim. Doskonale prezentuje się to zjawisko zwłaszcza w ujęciu statystycznym, choć rzeczywisty poziom kształcenia jest już mniej budujący. Wielkie i pozytywne zmiany widoczne są w wielu małych miejscowościach, w tym wsiach, jakkolwiek nie we wszystkich regionach kraju, a różnice bywają tu uderzające. Piękne nowe domy wyrastają jak grzyby po deszczu, a przed nimi parkują samochody, prawda, że nie zawsze najnowsze. Ich kierowcy mają do dyspozycji coraz lepsze drogi lokalne (tam nie odczuwa się specjalnie braku autostrad), a piesi chodniki. Przybywa także wodociągów i oczyszczalni. Zaopatrzenie wiejskich sklepów jest zaskakująco wystawne, a co więcej wszystkie te niedawno jeszcze ekskluzywne towary znikają regularnie z półek. Narzekamy niemal wszyscy na marne zarobki, zwłaszcza w znanej mi dobrze sferze budżetowej, ale na szczęście nasz standard życia często miewa się jednak lepiej. Bywa, że zdradzają to mimo woli kamery telewizyjne, gdy słuchając opowieści o ciężkim losie tej czy innej rodziny w tle widzimy dostatnio urządzone wnętrze. Jednak bywa i tak, że rosnąca stopa życiowa plus intensywne reklamy zwiększają ponad rozsądną miarę popyt konsumpcyjny, który nie zawsze może być zaspokojony. Gdy zapytamy o poziom zadowolenia obywateli w takim właśnie kontekście, to okaże się on znaczny i to nie tylko w Krakowie, którego mieszkańcy są ponoć najbardziej zadowoleni z życia (i z siebie) w całej Europie. A jeśli tak, to chyba jednak, choć nie doczekaliśmy się drugiej Japonii, rozpoczęty w 1989 roku eksperyment pod pewnymi względami się powiódł.

*Autor jest profesorem historii Uniwersytetu Jagiellońskiego, wiceprezydentem Inicjatywy Małopolskiej im. Króla Władysława Łokietka.  

Portal „Dziennik Polski” wraz ze wszystkimi treściami będącymi jego elementami składowymi - w szczególności internetowe wydanie „Dziennika Polskiego” i treści będące jego elementami składowymi - podlegają ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego i polskiego prawa autorskiego. Jakiekolwiek korzystanie z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej zgody Wydawcy - POLSKAPRESSE Sp. z o.o., które z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania takiej zgody.