28.01.2009

Polski dług wdzięczności

Ryszard Terlecki*

Czym zasłużyliśmy sobie na niepodległość, którą w końcu XX wieku przywiał nam wiatr historii? Czy mamy więcej powodów do radosnej dumy, czy może należy nam się gorzka reprymenda od nadchodzących pokoleń? Czy wykorzystaliśmy ofiarowany nam czas pokoju i ekonomicznej koniunktury, czy raczej ulegliśmy pokusie indywidualnych ambicji, łatwych pieniędzy i pogardy dla słabego państwa? Wiosna wolności

Czym zasłużyliśmy sobie na niepodległość, którą w końcu XX wieku przywiał nam wiatr historii? Czy mamy więcej powodów do radosnej dumy, czy może należy nam się gorzka reprymenda od nadchodzących pokoleń? Czy wykorzystaliśmy ofiarowany nam czas pokoju i ekonomicznej koniunktury, czy raczej ulegliśmy pokusie indywidualnych ambicji, łatwych pieniędzy i pogardy dla słabego państwa?

Wiosna wolności

Dwadzieścia lat temu niepodległość przyszła jak nagła wiosna. Zaczęło się w listopadzie, gdy w telewizyjnym pojedynku Lech Wałęsa, przewodniczący zdelegalizowanej "Solidarności", zmiażdżył Alfreda Miodowicza, szefa reżimowych związków. Już dwa miesiące później w blasku reflektorów pojawili się bohaterowie czarnej propagandy stanu wojennego: Kuroń, Michnik, Bujak. Zaczął się Okrągły Stół i ślimaczył wśród strajków i studenckich zadym, ale z perspektywy dość jeszcze obojętnej publiczności, premier Rakowski nagle zmalał do wymiarów drugorzędnej postaci, a napuszony Kiszczak wydawał się groteskowym policmajstrem, dowodzącym kurczącą się resztówką komuny. Podpisano porozumienie, reaktywowano "Solidarność", a w maju "Gazeta Wyborcza" i kampania Komitetu Obywatelskiego na chwilę obudziły apetyt na zmiany, o jakich dotąd śniło się tylko politycznym wariatom. Ale ani wybory, których i tak w całości nie można było wygrać, ani wybór sowieckiej kukły na prezydenta PRL, nie przyniosły poważniejszych zmian i lato minęło w dusznej atmosferze niejasnych kombinacji i układów. Dopiero rząd "pierwszego niekomunistycznego premiera", a później zawierucha jesieni narodów, przekonały telewizyjną publiczność, że gdzieś z zaświatów, postarzała i zbrukana, biedna i niemodnie przystrojona, powraca wolna Polska.

To, co wydarzyło się między listopadem 1988 roku a wrześniem 1989 roku, zaskoczyło wszystkich: przecież ani komuniści nie zamierzali oddawać władzy, ani opozycja nie wierzyła w możliwość jej zdobycia. Skoro jednak skończyła się PRL, większość społeczeństwa zapragnęła tylko jednego: żeby jak najszybciej było tak, jak na Zachodzie. Politycy nie mieli odwagi powiedzieć, że z powodu cywilizacyjnej zapaści, jaką komuniści zafundowali Polsce, być może nigdy nie będzie to możliwe.

Łeb hydry

Kto wtedy miał dość siły i posłuchu, aby poradzić sobie z państwem, zatopionym w chaosie rozpadającego się imperium? Z zamykającym się z dnia na dzień rynkiem Rosji, z sowieckimi garnizonami pełnymi zdemoralizowanego wojska, z lawinowo rosnącym bezrobociem i szalejącą inflacją, z niską wydajnością pracy i powszechnym złodziejstwem, z politycznym analfabetyzmem świeżo upieczonych obywateli. Absurdalne powiedzonko o zegarku, który potrafi naprawić tylko ten, kto go zepsuł, nagle znalazło się w powszechnym obiegu.

Dawni opozycjoniści, przerażeni odpowiedzialnością jaką przyszło im ponosić, kurczowo trzymali się zawartych porozumień, wmawiając sobie i opinii publicznej, że oszuści, z którymi je zawarto, zamienią się w poczciwych demokratów i zawrócą na drogę uczciwości. Ponieważ trzymano się zasady, że lepsi szemrani fachowcy niż ideowi amatorzy, niepodległe państwo budowano na zdeprawowanych kadrach upadłej dyktatury. Ochronę tego państwa miała zapewnić przemianowana bezpieka, kapitał na inwestycje mieli wyłożyć komunistyczni szabrownicy, armię odrodzić szkoleni w Sowietach generałowie, media sprywatyzować reżimowi agitatorzy. A na straży nowego ładu, który tylko nieliczni mieli odwagę kwestionować, stanął aparat wymiaru "sprawiedliwości", zawisły i skorumpowany, odpowiedzialny za sądowe zbrodnie i zdemoralizowany półwieczem bezprawia.

Ku przyszłości

Tak powstawała wolna Polska, szybko otrząsająca się z ponurej przeszłości. Energiczni i odważni młodzi ludzie, często wyedukowani na zarobkowej emigracji, tłumem ruszyli do biznesu, mediów, polityki. Koniunktura była pomyślna, rosyjskie wojska wyniosły się bez oporu, a Polska nie tylko została przyjęta do NATO i Unii Europejskiej, ale także otrzymała fundusze, które pozwoliły nieco nadgonić stracony czas. Zmieniały się rządy, partie, koncepcje reform, ale kraj przekształcał się w oczach, bogacił, piękniał, modernizował. W miarę dźwigania się z sowieckiego zacofania powoli stawał się ważnym polem europejskiej szachownicy. Stopniowo przezwyciężano też spuściznę komunistycznej mentalności: lenistwo i chamstwo, nienawiść do mądrzejszych i bogatszych, podłość i uległość wobec siły. Komuniści zniknęli, rozpłynęli się w nowej rzeczywistości, w polityce często zmieniali szyldy, w biznesie zakładali i likwidowali firmy, zacierając ślady dawnych powiązań. Cywilna i wojskowa bezpieka w nowych służbach starannie zamaskowały swoje wstydliwe pochodzenie. Polska u progu XXI wieku wydawała się państwem, którego obywatele mogą wreszcie zająć się planowaniem pomyślnej przeszłości, traktując historię jako interesujące, ale nieszkodliwe hobby. Okazało się jednak, że pozostał jeszcze jeden problem, który wymaga rozwiązania. Była nim korupcja, drążąca społeczną tkankę od politycznych elit po najniżej usytuowanych urzędników. Parlament, administracja, samorząd, sądy i państwowe firmy były polem finansowych przekrętów, podatkowych oszustw, ukrywanych dochodów, ale przede wszystkim stały się obszarem wędrówek nielegalnych pieniędzy, wszechobecnych łapówek towarzyszących transakcjom, decyzjom, wyrokom.

Cień zdrady

Walka z korupcją szybko odsłoniła drugie dno publicznego życia w III RP. Bezkarne łamanie prawa poprzez dawanie i przyjmowanie łapówek ośmieliło znacznie szerszą przestępczość gospodarczą, rozlewającą się setkami potężnych afer, niemożliwych do okiełznania przez zdemoralizowany wymiar sprawiedliwości. Aferzyści i gangsterzy trafili do legalnego biznesu, do mediów, do polityki. Próby powstrzymania ich ataku na państwo ujawniły obecność dyskretnych powiązań, często tworzonych przez dawnych funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa i Wojskowej Służby Wewnętrznej. Łatwo też można było się przekonać, że te związki, umownie nazwane układem, zyskały zaskakująco licznych obrońców w środowiskach intelektualnych i opiniotwórczych. Powrócił więc problem lustracji, który ujawnił szokującą skalę skażenia mediów oraz instytucji naukowych i kulturalnych wpływami byłych donosicieli bezpieki. Próby rozmontowania przestępczych układów okazały się nieudane. Zabrakło determinacji, skuteczności, kompetencji, w końcu także czasu. Zwarty front byłych agentów i ich politycznych obrońców rozpętał histerię strachu i nienawiści na uczelniach, w liberalnych mediach, nawet wśród niektórych duchownych. Kłamstwo stało się obywatelską cnotą, pragnienie władzy czy kariery usprawiedliwieniem dla podłości, tchórzostwo nagradzaną zaletą. Czy można ścigać tych, którzy Polskę okradają, skoro inni, którzy Polskę zdradzali, współpracując z bezpieką, informacją wojskową czy sowieckim wywiadem (co w sumie na jedno wychodziło), zachowali posady, tytuły i zaszczyty? Gdy obrońcom "republiki kolesiów" udało się obudzić współczucie znacznej części opinii publicznej dla prominentnych łapówkarzy i fachowców od "kręcenia lodów", stało się oczywiste, że na zwycięstwo elementarnej sprawiedliwości oraz na społeczną aprobatę dla uczciwości, przyjdzie jeszcze długo poczekać.

Nie tracić nadziei

Czy w ciągu dwudziestu lat, po kataklizmie wojny oraz półwiekowej infekcji komunizmu można było uzyskać więcej? Na tle innych, postsowieckich narodów bilans i tak nie wypada najgorzej. Za to znacznie gorzej wobec niegdysiejszych marzeń o Polsce wolnej i solidarnej.

Dwadzieścia lat temu wielu z nas wierzyło w korzyści Okrągłego Stołu, triumfowało po kontraktowych wyborach, oklaskiwało pierwszego premiera. Czy spłaciliśmy dług wdzięczności wobec losu, który okazał się tak łaskawy? Czy uczyniliśmy wszystko co możliwe, aby przezwyciężyć spuściznę zakłamanej epoki? Dziś wielu z nas może powiedzieć, że im dłużej trwały złudzenia, tym większe przyszło rozczarowanie.

A jednak odwoływanie się do trudnych początków III Rzeczypospolitej w miarę upływu lat przestaje być usprawiedliwieniem zaniedbań. Polska jest niepodległym i demokratycznym państwem, którego przyszłość zależy od jego obywateli, a właściwie od ich większości, dokonującej roztropnych wyborów. Z tą większością bywają kłopoty, ale jeżeli nie zatopi nas jakaś nowa katastrofa, szybciej lub wolniej będziemy zmierzać ku normalności, wyznaczanej przez poczucie własnej wartości, uznanie dla wspólnej pracy, szacunek dla doświadczeń przeszłości oraz sprawiedliwe prawo. Dopiero wtedy powiemy, że nie zmarnowaliśmy czasu i skorzystali z szansy, na jaką długo nie chcieliśmy zasłużyć.

*Autor jest profesorem historii, wykładowcą w Wyższej Szkole "Ignatianum" w Krakowie, posłem na Sejm z ramienia Prawa i Sprawiedliwości.

Portal „Dziennik Polski” wraz ze wszystkimi treściami będącymi jego elementami składowymi - w szczególności internetowe wydanie „Dziennika Polskiego” i treści będące jego elementami składowymi - podlegają ochronie prawnej na podstawie międzynarodowego i polskiego prawa autorskiego. Jakiekolwiek korzystanie z utworów, o których mowa powyżej, przekraczające dozwolony użytek osobisty (uregulowany w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych) wymaga wyraźnej zgody Wydawcy - POLSKAPRESSE Sp. z o.o., które z tytułu praw autorskich jest podmiotem uprawnionym do wydania takiej zgody.